sobota, 29 stycznia 2011

Haruki Murakami "Tańcz, tańcz, tańcz"


Bohater. On jest u Murakamiego najważniejszy. W każdym utworze występuje przynajmniej jedna bardzo oryginalna postać. Najczęściej jest to pozornie zwyczajny człowiek, w swoim otoczeniu postrzegany, jako przeciętniak. Jednak ci, którzy zajrzeliby do jego wnętrza, z pewnością zdziwiliby się z jak skomplikowanym mechanizmem mają do czynienia. Takim właśnie bohaterem jest bezimienny narrator powieści Tańcz,tańcz, tańcz Bohater Murakamiego zawsze szuka swojego miejsca, bo niezbyt pasuje do otaczającego go świata. Nie rozumie swoich uczuć. Uważa siebie samego za normalnego, kieruje się jednak innymi wyborami niż przeciętny człowiek. Sposób myślenia i własnych wartości jest dla niego często bardzo odmienny od tego, który powszechnie obowiązuje. Odmienność zmusza owego bohatera do podejmowania niecodziennych i często nirracjonalnych wyborów. Postać taka chce żyć na swój indywidualny sposób, nie dbając o to jak postrzegają go inni. Indywidualność każe bohaterowi zamykać się na wiele spraw. Tworzy w ten sposób barierę, która bardzo trudno mu pokonać. Bariera ta często zmusza go do samotności. Żyjącemu w ten sposób bohaterowi udaje się spotykać na swojej drodze podobnych do siebie ludzi. Takich, którzy prowadzą tak jak on trudne życie. Na zewnątrz będąc zupełnie kim innym niż w środku. Nic, więc dziwnego, że potrafią się świetnie nawzajem zrozumieć. Dzięki nowo poznanym ludziom życie narratora zaczyna się zmieniać. Choć sam nie potrafi do końca zrozumieć dlaczego.
Główny bohater zostaje również wplątany w sieć niecodziennych zdarzeń. Prowadzony dziwnym przeczuciem trafia w tajemnicze i symboliczne miejsca, by spotkać równie tajemnicze i symboliczne postacie. Wszystko po to, żeby połączyć różne elementy życiowej układanki. I dojść w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie.
Powieść Tańcz, tańcz, tańcz pozostawia wiele niejasności. Tego chyba można się właśnie spodziewać po lekturze przesiąkniętej symboliką i niedopowiedzeniami. Tych ostatnich jest jak zawsze sporo. Stanowią one nieodłączny element twórczości Murakamiego, sprawiając, że nic nie jest proste i oczywiste.
Tańcz, tańcz, tańcz to jedna z najlepszych powieści słynnego japońskiego pisarza. Murakami wniósł się na prawdziwe wyżyny tworząc bohaterów typowych dla swojego stylu. Na zewnątrz zwyczajnych, w środku bardzo oryginalnych. Umieścił ich ponadto w skomplikowanym świecie, pełnym symboliki i niedopowiedzeń. Dzięki temu fabuła powieści, jak zwykle, zeszłą na dalszy plan. Do lektury Tańcz, tańcz, tańcz można zachęcić wszystkich fanów Murakamiego i tych, którzy nie boją się czytać trudnych książek.

niedziela, 12 grudnia 2010

Haruki Murakami, "1Q84"


Sięgając po każdą kolejną książkę Harukiego Murakamiego, nigdy nie wiadomo, czego się można po niej spodziewać. Jako, że jestem wielkim fanem japońskiego pisarza, nigdy nie czułem się szczególnie zawiedziony po spotkaniu z którąkolwiek z jego pozycji. Jednak nigdy też nie odbierałem jego powieści zupełnie bezkrytycznie. Były, bowiem u Murakamiego takie elementy, które po prostu mnie drażniły. Musiałem się, więc stopniowo oswajać z jego twórczością. Chociażby zaakceptować te jego wszystkie niedopowiedzenia. Jak się jednak w końcu przekonałem potrafią one otworzyć prawdziwą bramę do własnej interpretacji jego powieści.
Tuż po rozpoczęciu najnowszej książki Murakamiego pt. 1Q84, wiedziałem już, że to coś naprawdę wyjątkowego. Po skończeniu lektury mogę już śmiało stwierdzić, że mamy do czynienia z prawdziwym przełomem.
Murakami tym razem opowiada nam historię dwójki młodych ludzi. Akcja toczy się w zagadkowym roku 1984, nawiązującym do powieści Georga Orwella.
Nieparzyste rozdziały są poświęcone Aomame. Jest to instruktorka sztuk walki, a po godzinach perfekcyjna morderczyni. Na zlecenie pewnej starszej pani, zajmuje się ona likwidacją mężczyzn znęcających się nad kobietami.
Rozdziały parzyste dotyczą Tengo. Młodego matematyka, a zarazem początkującego pisarza. Zajmującego się niecodziennym zadaniem- poprawianiem powieści tajemniczej i intrygującej dziewczyny o imieniu Fukaeri.
W trakcie lektury okazuje się, że Aomame i Tengo spotkali się w dzieciństwie. I wszystko wskazuje na to, że spotkają się po raz kolejny. Posiadają już wspólną przeszłość w postaci bardzo podobnych, przykrych wspomnień z dzieciństwa. Po wielu latach zostają wplątani w ciąg bardzo tajemniczych i niecodziennych zdarzeń. Póki, co oboje żyją swoim własnym życiem. A jego sposób, podobnie jak dzieciństwo są do siebie podobne. Są raczej samotnikami. Aomame zadowala się od czasu do czasu seksem z przypadkowo poznanymi, starszymi od siebie mężczyznami. Poznaje pewną młodą policjantkę i zaprzyjaźnia się z nią. Tengo natomiast zaspokaja swoje seksualne potrzeby z zamężną, również starszą od siebie kochanką, odwiedzającą go raz w tygodniu. Nawiązuje też znajomość z młodą i bardzo ekscentryczną dziewczyną.
W 1Q84 mamy do czynienia z czymś, co jest dość zaskakujące i raczej niespotykane w twórczości Murakamiego. Jest to mianowicie bardzo spójna fabuła. U japońskiego pisarza fabuła sama w sobie raczej nigdy nie odgrywała tak kluczowej roli. W tym wypadku jest jednak zupełnie inaczej. W 1Q84 pojawiają się również elementy fantastyczne. Są one wprowadzane do rzeczywistego świata powieści w bardzo subtelny sposób. Zdumiewa również kreacja bardzo oryginalnych bohaterów. Wraz z lekturą kolejnych rozdziałów poznajemy historię Aomame, Tengo i innych równie ważnych postaci. Murakami pokazuje nam elementy z różnych rozdziałów ich życia w postaci wspomnień. Dialogi robią jak zwykle wielkie wrażenie. Szczególnie te pomiędzy Tengo i Fukaeri. Murakami nie po raz pierwszy przekonuje nas w jak wielu dziedzinach posiada ogromną wiedzę. Tym razem postanowił wpleść w książkową fabułę problematykę sekt religijnych i przemocy w stosunku do kobiet.
Najnowszą pozycję Harukiego Murakamiego śmiało można nazwać przełomową. Niedoszły noblista przekonuje nas jak cały czas rozwija się jego talent. W tej książce można spotkać coś, czego wcześniej nam u niego troszkę brakowało. Ale to przecież dopiero początek. Możemy, bowiem już teraz z utęsknieniem oczekiwać na dwa kolejne tomy trylogii 1Q84, które ukażą się już wkrótce.

czwartek, 9 grudnia 2010

C.S.Lewis "Zaskoczony radością"


W jaki sposób dojść do prawdziwej wiary? Na to pytanie nie ma na pewno zbyt prostej odpowiedzi. Każdy człowiek musi przejść z pewnością swoją własną drogę do poznania Boga. Czasem jest ona prosta, innym razem usiana różnymi przeszkodami. Jeden z największych autorytetów w dziedzinie religii, C.S. Lewis postanowił przedstawić czytelnikom swoją własną drogę, która z pewnością do najłatwiejszych nie należała. Uczynił to w autobiografii pt. Zaskoczony radością- moje wczesne lata
Lata młodości mają kluczowe znaczenie chyba dla każdego człowieka. To okres nauki i pierwszych doświadczeń w każdej dziedzinie życia. A życie dla Lewisa wcale nie było zbyt łaskawe. Bardzo szybko stracił matkę. Przechodził przez kolejne etapy edukacji, które również nie należały do najłatwiejszych. W swojej autobiografii Lewis znakomicie opisuje angielskie szkolnictwo swoich czasów. I skomplikowane relacje panujące w ówczesnych szkołach. Angielski pisarz spotyka na drodze wielu nauczycieli, którzy kształtują jego późniejsze poglądy. Również te na temat religii. Jeszcze większy wpływ na te poglądy ma literatura, z którą Lewis nigdy się nie rozstawał. Towarzyszyła mu zawsze i wszędzie, nawet w wojennych okopach. Lewis nie tylko czyta, ale również pisze. Od najmłodszych lat, wspólnie ze swoim bratem tworzy magiczną krainę o nazwie Boxen.
Na pewno przesadą byłoby powiedzieć, że Lewis całkowicie stracił wiarę. Z pewnością jednak nie na darmo został okrzyknięty apostołem sceptyków. Jego nad wyraz rozwinięty od najmłodszych lat intelekt nie mógł pogodzić się z obrazem Boga, wtrącającego się w każdą dziedzinę ludzkiego życia. Więc umysł ten postanowił się przeciwko takiemu Bogu zbuntować. Lewis prowadził swoją wewnętrzną walkę przez wiele lat, przyjmując, co jakiś czas nowe poglądy. Jednak w końcu zmuszony był skapitulować. „W końcu to, czego się tak bardzo obawiałem, stało się faktem. W letnim semestrze 1929 roku poddałem się, uznałem, że Bóg jest Bogiem, padłem na kolana i zacząłem się modlić. Byłem zapewne tego wieczoru najbardziej przygnębionym i opornym neofitą w całej Anglii .” Książka Zaskoczony radością to podróż przez młodość znakomitego angielskiego pisarza. To opis jego życiowych doświadczeń i ciągle zmieniających się poglądów. Dzięki tej pozycji czytelnicy nie tylko lepiej poznają samego autora, ale również czasy, w jakich przyszło mu żyć. Lewis pokazuje również jak ważna byłą dla niego literatura. Prawdziwą ozdobą książki są cytaty jego ulubionych autorów umieszczone na początku każdego rozdziału. Oto jeden z najlepszych przykładów: „Pierwszą zasadą piekła jest-istnieję sam dla siebię” Autorem tych słów jest szkocki pisarz George Macdonald. I raczej nie darmo Lewis zacytował tego autora w rozdziale o swoim nawróceniu. Macdonald był, bowiem dla niego prawdziwym autorytetem, a jego książki z pewnością pomogły mu znaleźć ponownie drogę do Boga. Na koniec należy tylko polecić najnowszą, pięknie wydaną publikację wydawnictwa Esprit. Warto, bowiem poznać oryginalną definicję radości, jaką stworzył wspaniały angielski pisarz. I zobaczyć jak wyglądała jego własna droga do wiary. Bo ta sama wiara wypełniła później jego życie i całą twórczość. A my dzięki temu poznaliśmy pisarza wszechczasów!

poniedziałek, 15 listopada 2010

C.S. Lewis "Smutek"


C. S. Lewis napisał książkę Smutek tuż po śmierci swojej ukochanej żony Joy Davidman, która przegrała walkę z rakiem. Pozycję tą z pewnością należy uznać za dzieło wyjątkowe w całej twórczości tego angielskiego pisarza. Dzieło to swoim charakterem mocno odbiega od tego, do czego Lewis nas już przyzwyczaił. Smutek jest przez wielu ludzi uważany za idealną lekturę dla tych, którzy utracili bliską osobę. Trudno jest się z tym zdaniem nie zgodzić. Jednak już we wstępie tej książki Douglas H. Gresham, syn Joy Davidman, któremu C. S. Lewis zastępował przez długi czas ojca, wyraża bardzo ważną opinię. Pisze on o tym, aby Smutku nie traktować, jako swoistego podręcznika do leczenia się z bólu po utracie najbliższych. Dzieło to jest, bowiem obrazem osobistego, indywidualnego przeżywania spotkania się ze śmiercią ukochanej osoby. I tak należy do niego podchodzić.Smutek to przede wszystkim zilustrowanie wewnętrznej walki, jaką C. S. Lewis przechodził w jednym z najtrudniejszych momentów swojego życia. To nie tylko opis jego uczuć, ale również zwątpienia w coś, w co wierzył najbardziej i czemu poświęcił praktycznie całą swoją twórczość. Jeden z największych autorytetów w sprawach religii i moralności postanowił pokazać światu moment swojej słabości i zachwiania wiary w Boże miłosierdzie. W tej książce Lewis nie dba za bardzo o formę. Nie porządkuje wszystkiego ze znaną sobie starannością. Po prostu pisze, co myśli. Najpierw na kartkach czterech notatników, z których później powstaje książka. Tym, co naprawdę daje do myślenia jest trzeźwy umysł, jaki Lewis zachowuje nawet w chwilach największego zwątpienia, przelewając swoje uczucia na papier.Dla autora smutek to proces. Nie można go w żaden sposób zobrazować. Ani narysować żadnej jego mapy. Każdego dnia, bowiem pojawia się nowy element cierpienia. Lewis najlepiej jak potrafi opisuje każdy z tych elementów. Jego własny smutek przypomina mu strach. Obawę przed tym, że zapomni prawdziwy obraz H.( tak nazywa swoją zmarłą żonę na kartach Smutku ). Lewis momentami nie chcę się nawet zastanawiać nad tym, że ma rozpocząć coś nowego. Rozmyśla nad sensem swojego życia. Uważa, że jego własne myśli są przesłonięte przez uczucia, których najchętniej by się pozbył.Jak wyglądają kwestie wiary w Boga widziane przez Lewisa przez pryzmat cierpienia? Nawet w najtrudniejszych momentach nie rozważa on całkowitej utraty wiary. Boi się natomiast tego, że zacznie wierzyć w jak najbardziej skrzywiony obraz Boga, istoty skąpiącej swojego miłosierdzia: „A gdzie tymczasem jest Bóg? Oto jeden z najbardziej niepokojących symptomów. Kiedy jesteś szczęśliwy, że nie odczuwasz żadnej potrzeby Boga i skłonny byłbyś uważać Jego żądania w stosunku do ciebie zbyteczne, a dopiero w chwili opamiętania kierujesz myśl ku Niemu, sławiąc Go z wdzięcznością, zostajesz- lub tak ci się przynajmniej wydaje przyjęty z otwartymi ramionami. Ale zwróć się do Niego w rozpaczliwej potrzebie, kiedy wszelka inna pomoc zawodzi- z czym się spotkasz? Z drzwiami zatrzaśniętymi przed nosem, zaryglowanymi od wewnątrz” (1). Jak widać nawet człowiek wielkiej wiary w momencie wielkiego wewnętrznego bólu potrafi zwątpić w rozmiary Bożej miłości. Zastanawia się również nad tym, czy cierpienie, jakiego doznała jego ukochana H. pod koniec swojego życia na pewno zakończy się w Niebie i czy Bóg będzie dla niej rzeczywiście łagodny. Rozmyśla nad tym czy Bóg od razu uszczęśliwi H. i nie pozwoli jej tęsknić za swoim mężem. Smutek nie jest oczywiście książką wyłącznie o bólu i zwątpieniu. Po jednym i drugim w życiu Lewisa przychodzi coś znacznie piękniejszego. Jest to ukojenie i nadzieja. Stopniowo zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że cierpienie poprowadziło jego myśli w nieodpowiednią stronę. Zaczyna postrzegać śmierć swojej ukochanej, jako nową fazę jej życia. Lewis widzi już stan swojego ducha i obraz Boga w zupełnie innym świetle. Porównuje Boga do chirurga, który leczy cierpieniem. I nie może zaprzestać tego procesu przed końcem swojej operacji. Ból ma być dla Lewisa również próbą własnej wartości, którą do tej pory zna tylko Bóg. Lewis w taki sam sposób podchodził do tych kwestii już dużo wcześniej w książce Problem cierpienia: „W naszych przyjemnościach Bóg zwraca się do nas szeptem, w naszym sumieniu przemawia zwykłym głosem, w naszym cierpieniu- krzyczy do nas; cierpienie to Jego megafon, który służy do obudzenia głuchego świata.” (2) Chyba tylko C.S. Lewis był w stanie w taki sposób rozłożyć swój własny smutek na czynniki pierwsze. Udało mu się napisać raport własnego bólu, by stopniowo zyskać ukojenie. Sprostał również wątpliwościom dotyczącym Bożej miłości. Zrobił to wszystko by dać nową nadzieję nie tylko sobie, ale z pewnością również wielu swoim czytelnikom. Za najlepszy przykład mogą posłużyć najpiękniejsze słowa, jakie można znaleźć na kartach Smutku: „Raz będąc już blisko końca, powiedziałem, „Jeśli będziesz mogła, jeśli to dozwolone, przyjdź do mnie, gdy znajdę się na łożu śmierci.” „Dozwolone?- odrzekła.- Niebo z trudem by mnie zatrzymało. A jeśli chodzi o piekło, rozwaliłabym je na kawałki .” (3)

1. C.S.Lewis, Smutek, Kraków 2009, s. 29.
2. C.S.Lewis, Problem cierpienia, Kraków 2010, s.114.
3. C.S.Lewis, Smutek, Kraków 2010, s. 116.

RECENZJA ZOSTAŁA NAGRODZONA W KONKURSIE WYDAWNICTWA ESPRIT.

czwartek, 11 listopada 2010

Dan Brown "Cyfrowa twierdza"


„Cyfrowa twierdza” jest pierwszą powieścią Dana Browna. Wraz z tą pozycją narodził się schemat pisania jego kolejnych ksiązek. Brown tym razem nie wciąga czytelnika w wir nierozwikłanych tajemnic historycznych i postanawia skupić się na działaniach nowoczesnej technologii.Kodowanie. Element znany z innych książek Browna. Tutaj również jest motywem przewodnim. Czy amerykański pisarz rzeczywiście jest specjalistą w tej dziedzinie? Być może. Do samej kwestii kodów trudno się jakoś szczególnie przyczepić. Jednak, jeżeli chodzi o posługiwanie się naukową terminologią, jaką Brown stosuje w „Cyfrowej twierdzy” to wielu czytelników ma do niej bardzo duże zastrzeżenia. Skupmy się jednak na walorach czysto literackich. Jeżeli chodzi o samą fabułę, nie jest jeszcze najgorzej. Sporym plusem jest też fakt, że w powieści nie spotkamy tym razem Roberta Langdona. Czyli znanego z innych książek Browna amerykańskiego naukowca, specjalisty od starożytnych symboli. Jak się, bowiem już nie raz okazywało, każdy człowiek, który miał styczność z owym geniuszem zza oceanu wykazywał się brakiem elementarnej wiedzy na jakikolwiek temat. Langdon musiał, więc wcielać się w nauczyciela rodem ze szkoły podstawowej i uczyć spotykanych przez siebie Europejczyków ich własnej historii i kultury. W powieściach Browna wyjątkowo mało inteligentne okazywały się zawsze kobiety. Nie inaczej było również w „Cyfrowej twierdzy”. Spotykamy w niej Susan, matematyczkę, która kodami matematycznymi posługuje się lepiej niż tabliczką mnożenia. Niestety nie pomaga jej to w rozszyfrowaniu adresu mailowego, z którym w pół godziny poradziłby sobie gimnazjalista. Mamy tutaj jednak mały wyjątek. W owym ośmieszaniu płci pięknej nie bierze tym razem udziału Robert Langdon. Czyni to, bowiem japoński naukowiec.
Absolutnym hitem psującym całkowicie smak lektury jest umieszczenie w powieści głuchoniemego zabójcy. Wszystko byłoby OK, gdyby nie jeden mały szczegół. Fakt, że postać ta jest głucha jak pień nie utrudnił jej wcale USŁYSZENIA uciekającej przed nim ofiary. Taka tam drobnostka. Czy nie zauważył jej sam autor? Wielu czytelników twierdzi, że Brown pisze swoje książki na kolanie. Więc może i nie zauważył. W każdym razie chyba nie spostrzegli tej drobnostki wydawcy. Grunt przecież, żeby książka się dobrze sprzedała. A co z czytelnikami? Większość pewnie nie spostrzegła tego błędu, bo książki Browna mają to do siebie, że szybko się je czyta. Miejmy przynajmniej taką nadzieję.Autorowi bestsellerów, o tak wielkiej światowej sławie raczej nie wypada popełniać tak szkolnych błędów. Nie świadczy to najlepiej o jego klasie. Swoje ewidentne braki w warsztacie pisarskim Brown stara się wypełnić czymś innym. Jednak fakty i teorie naukowe, które przedstawia w swoich książkach również za nim szczególnie nie przemawiają. Jakie są, więc plusy? Powieści Browna czyta się niezwykle szybko. Mają taki typowo amerykański smak. Sensacja, przy której nie trzeba się zbytnio przemęczać intelektualnie. Jak dla mnie plusy takie to jednak zdecydowanie za mało.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Dan Brown "Kod Leonarda da Vinci"


Dana Browna należy zaliczyć do najbardziej zaradnych pisarzy naszych czasów. Posiadł on, bowiem niecodzienny dar. Ten dar to kserowanie każdej swojej poprzedniej powieści i sprzedawanie jej w gigantycznych nakładach. Potrafi on ubrać swój stały schemat w inne miejsca i nazwy, aby stworzyć kolejny bestseller i zarobić na nim grube miliony. Jedną z takich książek jest oczywiście rozchwytywany na całym świecie Kod Leonarda da Vinci. Ale wszystko po kolei. Historyczna intryga, jaką przedstawia w swojej książce Don Brown jest chyba dobrze znana każdemu. Rewelacje na temat Chrystusa połączone z historią św. Graala. Z pewnością wielu ludziom, lubującym się w takich sensacjach opowieść ta zastąpiła już religię. Aby dobrze sprzedać swoją książkę Don Brown postanowił stworzyć nową herezję, przekłamując przy tym wszelkie historyczne fakty. Kto zna prawdę o życiu i śmierci Jezusa Chrystusa? Według Browna zna ją Leonardo da Vinci, żyjący 1500 lat później. Włoski geniusz postanowił ową „prawdę” zakodować w swoim obrazie. Da Vinci miał być rzekomo wielkim mistrzem starożytnego zakonu strzegącego wielkiej tajemnicy. Dan Brown powołuje się przy tym na dokument znaleziony w pewnym kościele. Fakt, że historycy orzekli już, że owy dokument to falsyfikat Brownowi raczej nie przeszkodził w szerzeniu owej teorii. Spraw zgodności Kodu da Vinci z historią nie ma, co dłużej roztrząsać. Każdy autor ma prawo do kreowania własnego świata w swoich powieściach. I nie każdy czytelnik musi brać to wszystko na poważnie. Jednak warto zadać sobie inne pytanie. Czy, aby pan Brown nie przesadził nieco z obiektem swoich teorii? Poddawać w wątpliwość coś, w co wierzy spora część tego świata nie jest chyba działaniem godnym jakiejś szczególnej chwały. Mamy tutaj typowy, amerykański sposób rozumowania. Zajmować się czymś, czego się dobrze nie rozumie i zrobić z tego nie lada sensację dla wielu podatnych na tego typu sprawy czytelników. Kwestie historyczne odstawmy jednak na bok. Zajmijmy się samą powieścią. Sprawa pierwsza: fabuła. Bardzo przewidywalna. Mimo wartkiej akcji, z góry wiadomo, co się stanie za moment. Trudno tutaj szukać jakiegoś napięcia. Sprawa druga: Bohaterowie. Punkt kulminacyjny: Robert Langdon. Postać, którą można spotkać w innych powieściach Browna. Jest to amerykański naukowiec, specjalista od symboli. Niestety, ma jedną dużą wadę. Bardzo lubi wątpić w inteligencję innych ludzi. Najmocniej wątpi w zdolności intelektualne Europejczyków, postanawia, więc w kółko uczyć ich historii, opowiada im o ich własnej kulturze i sztuce. Pod tym względem wyjątkowo bezlitosny jest dla pięknych kobiet, takich jak Sophie. A może on ją tylko w ten sposób podrywał? Sophie bardzo szybko ze sprytnej agentki łamiącej kody, przeistacza się w bezbronną, głupiutką kobietkę, którą Langdon musi prowadzić wszędzie za rączkę. Panie Brown: więcej szacunku dla płci pięknej! W książce pojawiają się również inne dziwne postacie. Stary milioner mający bzika na punkcie św. Graala, czy mnich albinos. Czemu akurat albinos? To wie chyba tylko Dan Brown. Dialogi delikatnie mówiąc również nie rzucają na kolana.Czy książka, którą czyta się łatwo i szybko zasługuje już na miano bestsellera? A gdzie barwne postacie, dialogi, ciekawa fabuła? Tutaj górę raczej bierze sensacyjna teoria, jaką obmyślił sobie Dan Brown. To właśnie ona przyniosła autorowi i jego książce największą sławę.

piątek, 5 listopada 2010

C.R.Zafon "Książę mgły"


Po kilkumiesięcznym okresie oczekiwania w końcu się doczekaliśmy. „Najnowsza” książka C.R. Zafona jest już dostępna w księgarniach. Cudzysłów przy słowie najnowsza nie jest w tym wypadku przypadkowy. Książka Książę mgły została, bowiem wydana w Hiszpanii już w 1992 roku. Jest to pierwsza powieść z dorobku Zafona. Sukces Cienia wiatru otworzył hiszpańskiemu pisarzowi drogę do podboju literackiego świata, dzięki czemu popularność mają okazję zdobyć jego wcześniejsze książki. Jak można ocenić debiut literacki Zafona? Jak zwykle trudno nie odnieść się do innych dzieł tego świetnego pisarza. Ale w tym wypadku warto zastosować dużą taryfę ulgową. Ciężko jest, bowiem książkę, w której Zafon stawiał swoje pierwsze literackie kroki porównać do jego znanych i uwielbianych na całym świecie bestsellerów. Po pierwsze Książę mgły to książka skierowana do nieco młodszych czytelników. I od razu to widać. Styl jest dość prosty, podobnie fabuła. Książka mogłaby być chyba nieco dłuższa, gdyba Zafon zdecydował się rozszerzyć niektóre wątki. Powieści raczej by to nie zaszkodziło. W moim odczuciu Zafon troszkę za bardzo uprościł opisy niektórych zdarzeń. Zwłaszcza tych najbardziej dramatycznych. Ciekawa wydaje się sprawa narracji. Tym razem nie jest ona pierwszoosobowa, co zawsze było specjalnością hiszpańskiego pisarza.Historii opisanej w książce nie ma sensu dokładnie przytaczać i psuć komukolwiek przyjemności czytania. Jest to opowieść o przywiązaniu, poświęceniu, pierwszej miłości… Tyle chyba wystarczy. Można śmiało stwierdzić, że Książę mgły różni się od pozostałych powieści Zafona. Ale nie jest to na pewno powód do narzekań. To, co najbardziej wartościowe i lubiane w twórczości Zafona, spotkamy, również w tej powieści. Mamy, więc po raz kolejny mroczny klimat i równie mroczne tajemnice, których odkrycie potrafi wywołać u czytelnika spory szok. Spotykamy młodych bohaterów, dla których realny świat splata się z tym, co ciężko jest im logicznie wytłumaczyć. Elementów magicznych w Księciu mgły jest, bowiem naprawdę dużo.Książę mgły to przede wszystkim lektura, od której nie sposób się oderwać. Aż do momentu zakończenia, które jak zwykle porusza i sprawia, że myśli się o nim jeszcze długo po zakończeniu lektury. Szkoda tylko, że zakończenie to przychodzi już po 200 stronach. Pocieszający jest jednak fakt, że Książę mgły to pierwsza część młodzieżowej trylogii. Sukces Zafona zapewne sprawi, że jej kolejne części Pałac północy i Światła września pojawią się również na polskim rynku. Aby stało się to jak najszybciej.