środa, 15 września 2010

C.S.Lewis- "Z milczącej planety" czyli część I "Trylogii kosmicznej"


Od dawna zabierałem się do zakupienia i przeczytania Trylogii kosmicznej. To pierwsze już się udało, więc należy zająć się tym drugim. Postanowiłem umieszczać recenzje po każdej przeczytanej części tego cyklu, a później wszystko połączyć w całość, czyli jedną dużą recenzje całej trylogii. Muszę przyznać, że obawiałem się sięgnąć po tą książkę. Lewis w wersji science-fiction? Nieprawdopodobna sprawa. Znam go przecież z zupełnie innej strony. Specjalista od filozofii, teologii, fantastyki ma się zająć podróżami w kosmosie, grawitacją, kombinezonami? Na myśl przychodzą mi tylko straszne lekcje fizyki z liceum, które będę chyba pamiętał już do końca życia. Należy wziąć pod uwagę, że Lewis napisał pierwszą część tego cyklu w 1938 roku. Jak wiadomo wtedy świat szykował się do wielkiej wojny. Nie myślano wtedy raczej o podbijaniu kosmosu, co najwyżej o podbijaniu sąsiednich krajów. I trudno sądzić, żeby wiedza Lewisa na temat Wszechświata była szczególnie rozległa. Ale podejrzewam, że jeżeli nawet by była to i tak książka ta wyglądałaby tak samo. Nie uczyłby siebie i swoich czytelników astronomii i fizyki, żeby stworzyć bardziej wiarygodny obraz podróży kosmicznych. Lewis miał ten sam cel co zawsze. Wprowadzić w świat swojej powieści filozofię, religię, rozmyślania nad naturą człowieka. I udało mu się to osiągnąć. Udało mu się umieścić to wszystko na Malakandrze, czyli na…Marsie.
Tam, bowiem rozgrywa się akcja pierwszej części cyklu,czyli książki Z milczącej planety, którą chciałbym się w tej chwili zając Na Malakandrę, na pokładzie statku kosmicznego zostaje uprowadzony dr filologii Elwin Ransom. Porywają go dwaj inni naukowcy dążący do podboju planety i ograbienia jej ze złóż złota. Dlaczego akurat filolog? Odpowiedź nadeszła szybko. Kto inny miałby nauczyć się języka mieszkańców Malakandry? A wszystko po to żeby wypełnić misję powierzoną przez tajemniczą siłę opiekującą się całą planetą. Na temat samej treści nie będę pisał nic więcej. Warto jednak zająć się samą Malakandrą. Jej krajobraz byłoby mi ciężko opisać. Zbyt pięknie zrobił to Lewis, żebym mógł to w jakikolwiek sposób odtworzyć. A co do jej mieszkańców… Są bardzo podobni do ludzi. Oczywiście nie chodzi o wygląd zewnętrzny. Mowa o uczuciach, sposobie myślenia, obyczajach. Na Malakandrze możemy znaleźć różne gatunki rozumnych istot. Jedne zajmują się poezją, inne astronomią, kolejne są biegłymi rzemieślnikami, jeszcze inne są po prostu niewidzialnymi duchami. Mieszkańcy Malakandry już od urodzenia znają przybliżoną datę swojej śmierci. I przygotowują się do niej w spokoju i bez większych obaw. Wszyscy żyją tutaj w harmonii i zgodzie, podporządkowując się woli istoty panującej nad całą planetą. Mamy, więc obraz nieco utopijny. Jedynym, co jest w stanie przeszkodzić harmonii życia na Marsie jest pojawienie się nieprzyjaznych istot z Tulkandry-milczącej planety. Czyli mówiąc krótko-z Ziemi. Co najbardziej podobało mi się w pierwszej części trylogii Lewisa? Było mnóstwo rzeczy. Jednak najbardziej poruszyły mnie kwestie związane ze złą naturą człowieka. Naturą podporządkowaną Skrzywionemu. O kim mowa, każdy powinien sie domyślić. Motywy chciwości, chęci zabijania i podboju są dla mieszkańców Malakandry całkowicie nieznane i niezrozumiałe. Na uwagę zasługuję również fakt ogromnego talentu słowotwórczego, zaprezentowanego przez Lewisa. Wędrujący po Malakandrze Ransom, uczy się nowych słów w języku jej mieszkańców i zastanawia się nad ich znaczeniem. W tej chwili wolałbym już zakończyć recenzje pierwszej części Trylogii międzyplanetarnej. Moje pierwsze skojarzenia po przeczytaniu Z milczącej planety? Jest to taka wersja Narnii dla dorosłych. Podobne problemy, opisywane w bardziej dojrzały sposób i w nieco innym, ale wciąż fantastycznym świecie. Wkrótce pojawią się recenzje kolejnych części cyklu. Wszystkim niezdecydowanym na tego typu literaturę, mogę tylko powiedzieć, aby nie obawiali się określenia science-fiction. W książce Z milczącej planety po raz kolejny możemy, bowiem spotkać Lewisa, takiego, którego już znamy i kochamy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz